To był nasz drugi wyjazd na Islandię i od początku wiedzieliśmy jedno: z zorzą nigdy nie ma pewności. Potrzebna jest jednocześnie aktywność geomagnetyczna, dobra pogoda i odrobina szczęścia. Nawet przy planowaniu to wciąż loteria.
Ostatniej nocy aplikacja My Aurora Forecast pokazywała jedynie umiarkowane szanse. Niby coś, ale bez gwarancji. Około północy ruszyliśmy więc pod latarnię na Dyrhólaey, licząc, że trafimy w krótkie okno.
Przez pierwsze kilkadziesiąt minut nie działo się absolutnie nic. Staliśmy na wietrze, patrzyliśmy w niebo i czekaliśmy. Mijały kolejne minuty, a nad nami dalej ciemność.
Gdy byliśmy już praktycznie zdecydowani na powrót, postawiłem aparat na statywie i odpaliłem długie naświetlanie. Bardziej z nudy niż z wiary, że coś się wydarzy. Pomyślałem: jeśli nie będzie zorzy, to przynajmniej zostanie ładny nocny krajobraz.

Po kilkudziesięciu sekundach spojrzałem na podgląd i zamarłem. Na zdjęciu całe niebo było zielone. Nie spektakularne gołym okiem, ale na matrycy wyraźne i bezdyskusyjne.
I właśnie tak to wyglądało tej nocy: zorza faktycznie była, tylko bardzo słaba. Prawie niewidoczna dla oka, ale dobrze widoczna dla sensora aparatu, który znacznie lepiej rejestruje tak nikłe źródła światła.
Gdy przyjrzeliśmy się uważnie, dało się dostrzec delikatne przejaśnienie nieba, ale wyglądało raczej na białawe niż zielone.
Biologiczne wyjaśnienie poznałem dopiero parę tygodni później: przy bardzo słabym świetle dominuje widzenie pręcikowe, a pręciki świetnie wykrywają jasność i ruch, lecz słabo rozróżniają kolory. Za kolor odpowiadają czopki, które potrzebują więcej światła, dlatego słaba zorza często wydaje się szaro-biała, mimo że aparat rejestruje zieleń.
Szybko pobiegłem obudzić resztę ekipy, która czekała w samochodzie i zaczynała przysypiać. Wystarczyło kilka kadrów na ekranie, żeby wszyscy się rozbudzili. Radość była ogromna.



Od tamtej pory, gdy pojawia się alert zorzowy, a niebo wydaje się puste, najpierw skanuję je aparatem, choćby tym w telefonie. Bardzo często nawet mała matryca wystarcza, żeby odkryć kolory, których jeszcze nie widzimy gołym okiem.
Plot twist: najlepszą zorzę z całego wyjazdu zobaczyliśmy później, z okna samolotu w drodze do domu.



